16 sierpnia 2014

Przekleństwa w książkach?

Siemanko!

Kolejny post trochę odbiegający od tematyki bloga, ale przynajmniej coś zamieszczam.
Zastanawiam się, czy nie pisać więcej postów ogólnotematycznych, ale to się jeszcze zobaczy.

Otóż. Przekleństwa w książkach. Dobre? Złe?

Parę dni temu skończyłam czytać "Nigdy nie gasną", na które czekałam od czerwca, chociaż można powiedzieć, że nawet od kwietnia.
Jest to druga część "Mrocznych umysłów" o których pisałam także tu: Co jeszcze czytam?
Nie mogłam się doczekać kolejnej części, więc zaczęłam ją sobie poczytywać w języku Szekspira.
W opowieści była bardzo urocza siedemnastolatka, która co drugie słowo wstawiała "fuck", "bitch", "asshole" i inne wiązanki.
Natomiast pani Magdalena Krzysik - tłumaczka, swoją drogą zupełnie inna niż przy części pierwszej - zastępowała wulgaryzmy słowami niewulgarnymi, czasami nawet w ogóle je usuwając.

Dla przykładu:
Surprise, asshole, she said, I can fucking read.
Przetłumaczona na:
"-Niespodzianka, dupku! - parsknęła. - Przecież umiem czytać."

Inny przykład:
"You sad son of a bitch"
tłumaczenie:
"Ty żałosny gnojku"

"Dupek" jest chyba najgorszym przekleństwem w całej książce. I oczywiście wielokrotnie powtarzające się "cholera" i "cholernie".

Czy zastępując wulgaryzmy słowami mniej wulgarnymi, tłumacze przyczyniają się do dbania o "czystość języka" odbiorców? Przecież młodzież - bo o takiej grupie wiekowej mówimy - będzie przeklinać tak, czy siak.
Weźmy na przykład naszego kochanego "Ulyssesa Moore'a" Ta seria jest skierowana do zupełnie innej grupy odbiorców niż seria "Mroczne umysły", więc naturalne jest, że nie będzie tam przekleństw.
Może za neutralizowanie przekleństw odpowiada wydawnictwo, albo personalne odczucia Pani Tłumacz.

ALE!
Wulgaryzm to nie jest jakiśtamsobie wymysł.
Wulgaryzm to taki sam środek stylistyczny jak epitet, porównanie, czy chociażby onomatopeja, zdrobnienie, anafora...
Powiem więcej! Wulgaryzmy są częścią stylizacji językowych, które polegają na celowym nadaniu utworowi (powieści, wierszowi, komedii, itd.) cech charakterystycznych, dla innego stylu.
Taką stylizacją jest na przykład archaizacja (patrz: "Krzyżacy" o zgrozo), czyli używanie archaicznych elementów słownictwa i gramatyki.
Nie bez powodu miałam 91% z polaka XP

Jednak wplatanie przekleństw co drugie słowo, też nie wygląda najlepiej.
Tutaj posłużę się przykładem J.K.Rowling i jej "dorosłego debiutu" czyli książki "Trafny wybór". Gdy ją czytałam, zostałam po porostu "zalana" przekleństwami.
Inny przykład. "Michael Vey. Więzień celi 25" Richarda Paula Evansa. Również tutaj: Co jeszcze czytam? Przez całą książkę wszystko ładnie pięknie i nagle, powiedzmy, na cztery rozdziały do końca pada "zaj****cie" i "wk***iony".
Moim zdaniem, jeśli autor postanawia używać wulgaryzmów w swoich dziełach, powinien znaleźć złoty środek, co udało się Alex Bracken w "Nigdy nie gasną". Ale to już leży w gestii autora - nie tłumacza.
Jestem dość zawiedziona, że postanowiono tuszować przekleństwa, ponieważ one też stanowią część książki; stanowią część osobowości bohaterów.

Dlatego uważam, że wulgaryzmy, nie w nadmiarze i dla odpowiednich grup wiekowych, są czymś dobrym.

Zachęcam do zostawienia Waszej opinii w komentarzach.

Trzymajcie się, cześć ;)

1 komentarz:

  1. Ale wiesz, w sumie to w Ulyssesie też z 2-3 razy były przekleństwa, ale z tego, co pamiętam było to tylko "cholera" i coś tam jeszcze (czyli w sumie chyba te łagodniejsze), a do tego mówiły je osoby z wiekiem 18+ (pamiętam, że przekleństwo powiedzieli Black i Connor).

    OdpowiedzUsuń